snake14 blog

Twój nowy blog

9 lat?

Brak komentarzy

Bardzo szybko to minęło. Teraz blog.pl chce zmienić system. Idzie nowe znaczy…może czas wyjść z blogosfery? I spisywania różnych rzeczy tutaj? Mimo wszystko lubię to, pozwala mi to pozbierać myśli. A tych ostatnio bardzo dużo, bo dużo pracy, zmian. 

Laboratorium to świetna zabawa. Fajnie jest realizować coś, co obiecało się sobie kilka lat wcześniej. 

Zawsze pod koniec roku dopada mnie wspominkowy nastrój, ochota na podsumowanie niektórych rzeczy, zrobienie bilansu zysków i strat, przejrzenie listy „do zrobienia” i „zrobione”. 
Ten rok był dziwny, zaczął się sylwestrem poświęconym na pisanie artykułu. Później było wariactwo konferencyjne i moja pierwsza publikacja, pisanie prac licencjackich, spotkanie informacyjne na drugim wydziale, zostałam po raz drugi ciocią i ten mały skrzat zawładnął mną od pierwszej chwili. Później już z górki – zaliczona geologia, metodologia, absolutorium w pięknym stylu. Egzamin licencjacki. Rozmyślanie co dalej, bo „niektórzy po ochronie środowiska będą mieli trudniej…”. Brak decyzji z czego rezygnuję, znowu szaleństwo rekrutacji, wbrew regulaminowi. Względny spokój i myśl czy to był dobry pomysł. Pojawienie się planów zajęć i pierwsza myśl „jak to pogodzić”. Jeden kierunek zajęcia codzienne 9-15/9-13 drugi kierunek różnie, czasami 11:30-18:15, czasami tylko jedne ćwiczenia. Zgoda dziekana, dwie specjalności, trochę tarć. Pierwsze trudności, świadomość że wielu rzeczy nie umiem, algebra. Zgoda Pana Profesora na pisanie u niego mgr, pierwsza poważna różnica zdań. Ustalenie tematu na ochronie, dwóch promotorów. Kolejny pomysł – a może przeskoczyć rok? Na chemii brak zgody, na ochronie środowiska zielone światło. Lecimy, lecimy, lecimy. Święta. Znowu bez Brata. Znalezienie stypendium w Indonezji. Kolejny pomysł. Zgoda promotora. Może się uda. Znalezienie kursu języka indonezysjkiego. Dwa pierwsze egzaminy zaliczone. 

Myślę że jest dobrze. Brak równowagi między nauka a życiem towarzyskim, uczuciowym, rodzinnym. Ale czuje się szczęśliwa. To chyba pracoholizm się nazywa, a może po prostu wreszcie znalazłam swoje miejsce na ziemi? 

http://literat.ug.edu.pl/amwiersz/0003.htm
 ktoś mądry ostatnio kazał mi przemyśleć ten utwór. 

Są dwa kierunki. Satysfakcja? Owszem. Szok niektórych osób? Też. Laborki? Świetne. Promotorzy? Wymagający, surowi. Cudowni. ;-)
Szkoda że odbija się to na moim życiu osobistym. Prawie nie widuję mojej siostrzenicy. Nie układa mi się w związku. Stres wylewa się uszami. Ścinam się z Promotorami, zwłaszcza o posłuszeństwo. 

„Musisz się nauczyć, że moje nie znaczy NIE”. Zabolało. Nawet bardzo. Był ostatnią osobą, po której spodziewałam się takiej reakcji. 
Z drugiej strony musiał być jakiś argument który skłoniłby Go, do powiedzenia tak. „Profesor to bardzo uparty człowiek” eh. 
Odpuścić? Drążyć temat dalej? Ryzykować kolejne wejście na grabie? 
Szukam równowagi.

Wyższe

Brak komentarzy

Ten blog widział już egzaminy gimnazjalne, ich wyniki, rekrutację do liceum, ukończenie liceum, matury, rekrutację na studia…A teraz przyszedł czas na koniec licencjatu, złożenie kompletu prac (pięciu…), egzamin. Zdany. Teraz rekrutacja na magisterium. Bardzo pozytywne zaskoczenie, nie spodziewałam się tego po niektórych osobach. Mam nadzieje że obydwa wymarzone kierunki będą i że to jest to. Jeżeli nie to źle wybrałam to, co będę robić przez najbliższe dwa lata, a być może i całe życie. Chociaż nie wiem czy można źle wybrać to akurat, chemikiem się jest albo nie. 

Statystycznie rzecz biorąc nie mam szans na fajnego męża, bo moja siostra takiego ma. Myślałam że jednak tak, ale Jemu nie zależy. On kocha bardzo mocno, ale swoje wyobrażenie o tym jaka powinnam być. Jego idealna wizja obejmuje wspólne chodzenie do kościoła, dwójkę dzieci (ochrzczonych, inaczej bez dzieci), oraz niedzielne obiadki u mamy. Jego mamy oczywiście. Chyba jednak nie jest to moja bajka. Tak wizja ja i dzieci i fajny mąż jest jak najbardziej ok. Ale wizja kościoła-obiadków z teściową – itd jest przerażająca. Idealna patriarchalna rodzinka z lat 60 ubiegłego wieku. 
A Brat wyjechał jeszcze dalej. :<

mętlik

Brak komentarzy

Nie mogę powiedzieć że to nurkowanie dało mi najlepszych przyjaciół. Bo przyjaźń z Nimi trwa 9 i 16 lat :-) Ale nurkowanie dało mi niesamowitego kopa, w wielu dziedzinach. Poznałam wyjątkowych ludzi, część nie żyje, z częścią nie mam kontaktu ale piękne wspomnienia zostały. Pierwszy oddech pod wodą, poważna rozmowa czy zrezygnować z nurkowania (ukłon w stronę Piotra), rozmowa o tym że trzeba wiedzieć kiedy odpuścić (dzięki Karolku!), o tym co ważne w życiu (Reniu, buziak). 

Po za tym hm nauczyło mnie wiary w siebie, zaufania do swoich wyborów, planowania, opanowania kilku rzeczy na raz, spokoju mimo że coś się wali (zerwana maska+automat i zakręcona butla:)). 
Śmiało mogę powiedzieć że jestem tym kim jestem między innymi dzięki nurkowaniu. 
Posiadanie psa też wiele zmieniło, Su jest moim słoneczkiem, takim przypomnieniem że brat mnie kocha i jest blisko. I kiedy wchodzę do domu po powrocie z uczelni, czy skąd kolwiek i na rękach ląduje mi rozmerdane futro to eh :-) warto, mimo że organizacja jej spacerów, szkolenia, biegania bez smyczy itd zajmuje mi wiele godzin. Mimo że układałam plan zajęć pod psa – z dużymi okienkami by wrócić przez całą Warszawę i z nią wyjść. I te poranki kiedy leżymy razem w łóżku. Nos w nos i patrzę w te zaspane oczka. Moja mała dziewczynka.
11 lat temu urodził się mój siostrzeniec. To było trochę jak trzęsienie ziemi – moja siostra miała mieć dziecko. Teraz, przy drugiej ciąży wyczekiwała aż się pojawi, zwłaszcza że miała to być dziewczynka. 30.05 o godzinie 11:10 przyszła na świat moja siostrzenica. Jest śliczną, małą dziewuszką. W przyszłości mam nadzieję absolwentką ochrony środowiska, być może i w stoponiu doktora (oby do tego czasu były dr z oś), jeżeli nie to dr chemii. Jeszcze nie jest świadoma moich planów, a najbardziej interesującą rzeczą jest jedzenie i sucha pielucha. ;-) Bardzo się cieszę że siostra zdecydowała się na dziecko. Trzymam kciuki za nią, zwłaszcza że za rok zdaje maturę. :-) 

wybory

Brak komentarzy

Doszłam do momentu w którym muszę wybrać, chociaż wolałabym żeby ktoś powiedział zrób to, bo za 10 lat będziesz żałować jak tak nie zrobisz.

Zostawić instytut, koło naukowe, potencjlanych promotorów, wykładowców których znam, znajomych i wskoczyć w bardzo obcy świat, ścisłego kierunku, ale już w zespole naukowym, pod opieką przesympatycznego Profesora, ale bez znajomych, z perspektywą na dr i dalszą naukową drogę. Nie mogę powiedzieć że szkoda poświęconych godzin, bo wszystkie te przedmioty które mam teraz (ok, wszystkie kierunkowe) są ciekawe, czegoś mnie nauczyły, ale szkoda porzucić ochronę. Mam możliwość elastycznego doboru godzin, może więc dwa kierunki…ale wtedy znowu jak w szkole od poniedziałku do piątku i masa obowiązkowych przedmiotów bez sensu. 
Zmiana projektu badawczego w nowym miejscu – możliwa, tylko na ile pokryje mi się ochroniarsko? Czy chemia-dr-praca naukowa to właśnie to, czy raczej mgr-może dr-własna firma? Pogodzić to ciężko, zwłaszcza bez Jego wsparcia. A Jemu nie zależy. 
Pogrzebać naukowe ambicje, zostać przy tym co znam, czy zaryzykować? No risk, no fun? Ale od tego zależy kilka najbliższych lat. 
Osobnym tematem są zaręczyny-ślub-dzieci. Następną osobę która zapyta KIEDY chyba wypatroszę. Wciąż i wciąż powraca ten temat, wiem stażeje się ale jak każdy! Co nie znaczy że muszę mieć męża i gromadkę dzieci. 
Zagubiona. 

Ulubiona Pani Doktor zadała mi ostatnio pytanie jak zdefiniowała bym wolność. Przyznam że zgłupiałam trochę, bo odmieniam to słowo przez wszystkie przypadki (a kilka lat temu było jeszcze gorzej…) i nie wiedziałam jak to powiedzieć. Bo cudowne uczucie kiedy nurkuję, jadę samochodem, biegniemy gdzieś z psem to właśnie jest ta wolność, namacalna i moja. 

Wolność kończy się tam gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. 
Jak ją jednak zdefiniować? Doszłam do wersji że wolność to zdolność do bycia odpowiedzialnym za siebie, swoje czyny i możliwość wzięcia odpowiedzialności za kogoś innego, możliwość pokochania tej osoby w dojrzały sposób. 
Chyba się starzeję. 
I kolejny roczek bloga minął. 

Mam wrażenie że czas ucieka mi, znika, rozpływa się. Że w pogoni za czymś (nauką? wiedzą? szczęściem?) zgubiłam coś fajnego. 

Coś wyjątkowego, jakąś bo ja wiem beztroskę? Wychodzę na piwo czy kawę i mam wyrzuty sumienia, bo jeszcze tyle do zrobienia. Stałam się niewolnikiem studiów, które faktycznie bardzo lubię…ale nie miały stać się całym moim życiem.
Jednocześnie zazdroszcze osobom pracującym naukowo z kimś bliskim, chciałabym żeby mój brat nie reagował parsknięciem śmiechu na wiele rzeczy. Albo kiedyś napisać artykuł razem z siostrą, czy iść razem na konferencję. Głupie? Owszem, biorąc pod uwagę że siostra mnie nawet nie lubi. 

Państwo które dla Ciebie, dla nas stało się drugim domem, bezpieczną przystanią, miejscem rodzinnym spotkań płonie. Czy jest się czemu dziwić, jeżeli wykształcony na płatnych (i to nie mało) studiach człowiek zarabia…50 euro/miesiąc, by podróżować po swojej ojczyźnie potrzebuje zgody i kilku papierków, a od 30 lat ma stan wojenny? 
Rozumiem dlaczego to robią, ale irytuje mnie to jak to robią. Nic nie usprawiedliwiania mordowania policjantów, palenia komisariatów, strzelania do cywilów. 

W środku tego całego zamieszania jest moja rodzina, mój braciszek. Każdego dnia szukam kontaktu, sms  - nie działa, internet – była tygodniowa przerwa, Al Jazzera podaje niewiele informacji, polskie media jeszcze mniej. 
Wiem dlaczego wybrałeś ten kraj, ale tak bardzo bym chciała żebyś był bezpieczny, wiesz? Wiem, że wiesz. Braciszku.

He

Brak komentarzy

Powiedziałeś mi kiedyś że nie ważne co, ale dobrze jest postudiować. 3 lata wystarczą? Nie dostanę płetwą? Nawet jeśli nie skończę?
Obiecałam że to zrobię, ale o dyplomie nie było mowy, wiesz? Wiesz, zawsze wiedziałeś o czym myślę. 
Chciałabym z Tobą porozmawiać, choćby jeszcze tylko jeden raz. Cieszę się że spędziliśmy tyle czasu razem, że pozwoliłeś się chociaż trochę poznać. Wyjątkowy Człowieku.


  • RSS